Przeżytek

Chyba to granica czegoś, czym jestem. Ten ostatni dzień wakacji nad pięknym morzem, po ostrej kłótni z rodzicami, która w sumie trwała od samego początku. Dlaczego wciąż szukam argumenty na winę innych? Przecież to jasne, że wszystko co nam zepsuło ten czas to JA. Moje zachowanie, moje nastroje, humory, moje zirytowania i zdenerwowania, moja agresja. Wszystko tak naprawdę wyczyniłam JA.

Nie chcę już udawać, że ze mną w porządku, że to nade mną trzeba się litować, że to mnie mają pod kontrolą. Ale to, co widzę w oczach moich rodziców kiedy ich ranię – rani mnie także. Czuję się skrzywdzona przez samą siebie, jakby w dalszej części mnie siedziała druga osoba, która odpowiada za moje życie, a ja mam się tylko temu przyglądać. Wiele rzeczy nie pasuje mi w rodzicach, ale najbardziej nienawidzę samej siebie.

Cholera, naprawdę miałam to zrobić. Ostatniego dnia, siedząc na deskach przy plaży, oparta czołem o metalową niebieską barierkę, chciałam to zrobić. Wpatrywałam się w spokojne i ciche morze i wsłuchiwałam się w wołanie przelatujących mew. Chciałam być tak wyciszona jak te fale, nie czuć nic oprócz błogiego stanu spokoju. Przecież tyle razy śniło mi się, że tonęłam w wielkim morzu i było to przyjemne uczucie. Ilekroć już umierałam, w ostatniej chwili wydobywałam się na powierzchnię i brałam głęboki oddech. Myślałam, siedząc, o tym, że zrobię to wieczorem przy mniejszej ilości osób. Że po prostu wejdę do morza. Że po prostu tam wejdę. Czekałam pół godziny, godzinę, dwie. I jedyne na co się zdecydowałam to na niepowstrzymywanie łez, które od dawna już nie płynęły mi po twarzy. A wtedy były spokojne i ciche jak to morze. Byłam zdecydowana i się nie bałam, ale przegrałam po raz kolejny pojedynek ze mną.

Siedziałam i płakałam, bo wiedziałam i wiem to nadal, że pomimo moich starań to zawsze będę tutaj JA. Ja z nastrojami, ja w lustrze, ja krzywdząca innych. Pomimo tych dobrych dni, zawsze będę to psuć i utrudniać życie bliskim osobom, wszystkich którzy mają ze mną do czynienia. Już nie mogę znieść tej myśli. Ciąży mi to cały czas z tyłu głowy i pulsuje mocno jak krew. Ile czasu zajęło mi, żeby to w końcu zrozumieć. Osiągnęłam punkt kulminacyjny w swoim istnieniu i ta linia rysowana na polskim przy dramacie nie zjedzie na dół, gdzie jest zakończenie. Brzydzę się sobą, jak nigdy dotychczas.

Wczoraj czytałam, że depresja może przybierać postać „utracenie zdolności kochania”. Że nie można miłości poczuć, odebrać od innych, samemu ją ofiarować komuś. Ale się za tym tęskni. Tęskni się za miłością, pomimo braku odczuwania tego uczucia.

To najbardziej idealne stwierdzenie jakie czytałam.

B.

Reklamy

Morze być może

Morze jest dla mnie Oceanem utraconych dusz, a zachodzące Słońce tym, który nad nimi czuwa, włada i opiekuje się. Przechadzając się brzegiem plaży (wysuszonych łez ludzi), dusze obmywają moje stopy by przez chwilę mieć jeszcze kontakt z ziemskim światem. Słońce oświetla mnie, wskazując im drogę. Morze jest bezmiarem Wszechświata. Kiedy na nie patrzysz to masz wrażenie, że tam dalej na horyzoncie nic nie ma, że to już być może koniec świata. Że to wszystko na co Cię stać.

Kiedy za długo się napatrzysz do głowy przychodzą Ci różne pomysły. Widzisz już oczyma wyobraźni jak niebo wiszące nad Morzem rozpryskuje się na miliardy kawałków, jak każdy co chwilę opada wprost do wzburzonych fal. Jak świat znika i się rozpada, orientujesz się że to nie była rzeczywistość, że już nie ma czegoś takiego jak rzeczywistość, a jedynie projekcja stworzona przez kogoś, symulator, gra, rozpadająca się gra. Że być może tam na wolności jest całkiem inny świat niż ten wykreowany przez kogoś.

Myślisz o tym, że dlaczego ten obraz nie może być snem w Twojej głowie, że przecież już nie ma dla Ciebie różnicy między snem a jawą. Jak bardzo byś się postarała – nie potrafisz tego zmienić. Przyglądasz się uważniej obrazowi przed twoimi oczami i zastanawiasz się jak to wszystko jest możliwe, że ty stoisz i widzisz to Piękno. Jesteś jak zahipnotyzowana i jedyne co się liczy to to, by nie popaść w sen.

Myślisz o przestaniu działania grawitacji. Widzisz już siebie jak unosisz się do góry, jak wszyscy melancholijnie i spokojnie wznoszą się do nieba, kręcąc się lekko wokół własnej osi. Słyszysz w uszach czarującą muzykę, robiącą klimat jak w filmach czy serialach. Czujesz, że to koniec więc zamieniasz się w jedną wielką Melancholię i poddajesz się jakiejś antygrawitacji. Jesteś już uszczytu, kiedy zdajesz sobie sprawę, że nadal tu stoisz i patrzysz na Morze. Gra zaczyna się od nowa.

B.

Ulotność chwil

Chyba po raz pierwszy piszę wpis w szkole, na lekcji geografii, której nie mamy. Żeby łatwiej sobie wyobrazić zobaczcie rzędy krzeseł i ławek, grupę uczniów, nauczycielkę siedzącą przy biurku i wołającą swoją grupę do zrobienia zadań przy tablicy z chemii, a także wyobraźcie sobie dziewczynę siedzącą przy mnie w pomarańczowej intensywnej koszulce z napisem: why by racist, sexist, homophobic or transphobic when you could just be quiet. Zauważyła, że spisuję ten napis więc odpowiednio się ustawiła, żebym widziała. Nie wie po co. W słuchawkach brzmi Green Day, chociaż ona bardziej preferuje pop.

Ale nie o tym ten wpis.

Czy tak zatrzymuje się chwilę? Czytam to właśnie teraz, wieczorem, prawie północ i jak zamykam oczy mam tę scenę przed oczami. Wydaje mi się snem, cała przeszłość wygląda jak sen. Może tak w istocie jest? Może to wszystko mi się przyśniło i kiedyś w końcu się obudzę?

Może kiedyś przestanę dążyć za czymś, o czym nawet nie wiem, może kiedyś coś przestanie mnie pchać do przodu i po prostu zostawi mnie w spokoju.

Chciałabym umieć przeżywać swoje życie. Mam wrażenie, że nie wykorzystuję stu procentowo momentów mojego istnienia, że marnuję je i nieodpowiednio przeżywam. Człowiek nie potrafi pozbyć się takich myśli ze swojego rozumu, który już rozumem nie jest.

Mówią, że to wszystko da się wyleczyć, że da się zmienić myślenie. Że można żyć inaczej. Że jest szansa na coś lepszego. Że nie musimy tego robić.

Ale czy to nie tylko jakieś bzdury? Dla zdrowego człowieka są zadziwiająco bardziej wartościowe i zrozumiałe niż dla osoby przeżywającej coś gorszego. Nie da się dotrzeć do umysłu zablokowanego milionami złych myśli, gromadzących i napiętrzających się przez całe lata. No ale nikogo to nie obchodzi, więc po co drążyć temat.

Dlaczego ludzie nie potrafią zrozumieć, że niektórzy nie potrafią kochać. Nie mówię tu o jakichś błahostkach, wymyślonych bzdetach. Tak jest naprawdę. Czasami niektórzy nie czują takich rzeczy. Nie potrafią tego odczuwać. Ani w rodzinie, ani w przyjaźni, ani w miłości. Nigdzie. Może ta druga osoba nie jest tego świadoma, ale wkurzające są komplementy „jesteś najlepsza”, próby umówienia się i wciskanie kitu, że jest się super osobą. Niczego nie wie, nie jest świadoma tego jak ta druga osoba nienawidzi siebie. Ma się już dosyć takich rzeczy. W głowie nonstop kołacze się myśl, że ta osoba widzi tylko pozory, bez zgnitego środka pod nieskazitelną skorupą. I czuje się ten banał, zero wymagań i po prostu ot takie bycie. Myślałam, że bycie brzydką pozbawia mnie takich dylematów na tle miłosnym.

Nie umiem niczego więcej dodać, wysilać się, czuję niemoc. Czuję cokolwiek

Nienawidzę muzyki

Muzyka jest zbyt piękna i za mocno ją kocham, że aż nienawidzę. Czy to ma sens?

Jakieś określone piosenki są dla mnie zbyt intymne, sprawiają że przyjemnie ogarnia mnie ból mojego ciała, wnętrza i duszy. Są czymś, czego nie potrafię pojąć, nazwać i wskazać. Czasami tak powinno zostać, bo nie da się inaczej przeżywać określonej muzyki. Ja już tak mam, że jak kocham, to i nienawidzę. Bo z jednej strony to piękne uczucie, a z drugiej obezwładniające mnie i sprawiające, że jestem jeszcze bardziej słaba. Nigdy wcześniej tak na mnie nie działała muzyka, jak w ostatnich miesiącach. Czy dorosłam? Może zdziecinniałam, zepsułam się, umarłam?

Apele szkolne nie należą do najlepszych i jakichś niesamowitych. Są zwykłe. Są, bo są.

Dzisiejsze dni otwarte z początku zaczęte bardzo dobrze – skończyły się moim fiaskiem. Najlepszy jest powód tego wszystkiego. Banalny i głupi.

Podczas oprowadzania jednej z szkół do nas przybyłych, znajdowałam się blisko sali gimnastycznej, na której trwały kolejne próby przed kolejnym apelem – nawet nie wiem jakim, choć próbowałam ustalić, aby pominąć go szerokim łukiem.

Do moich uszu doleciała muzyka, której już dawno nie słyszałam, nuty, które już dawno nie tańczyły mi w duszy, melodie, które już dawno nie rozrywały mojej egzystencji. Jak można się domyślić usłyszałam piosenkę drogiego i już nieistniejącego Linkin Park.

Nieistniejącego – ciekawe stwierdzenie.

Zamurowało mnie na miejscu i nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

Co robi człowiek kiedy cierpi? Najczęściej próbuje pogodzić się z rzeczywistością, przeszłością, żyć dalej i zapomnieć o wszystkim. Najważniejsze jest, by zapomnieć. Ja sama stosowałam się do takich rzeczy. Próbowałam zapomnieć – zapominałam etapami. Próbowałam zaakceptować przeszłość – zaakceptowałam jak wzorowy uczeń. Żyłam dalej – żyję dalej.

Ale dzisiejszego dnia, kiedy usłyszałam tę piosenkę, którą od bardzo dawna omijałam szerokim łukiem, tę moją intymną piosenkę, która tak na mnie działa – nie umiałam ustać na nogach. Przysięgam, że musiałam gdzieś usiąść. Może chodzi o to, że to po prostu cios dawno niesłyszanej piosenki, która wiąże się tylko z jedynymi wspomnieniami. Zalało mnie to wszystko momentalnie. Nie chcę już tego, nie chcę tych uczuć i tej pustki, która się dziś odezwała. Myślałam, że jakoś to będzie. Niestety mój chory mózg nie potrafi pojąć takich rzeczy. Rozumie tylko cierpienia.

Mam dosyć nieumiejętności życia. Już nawet nie chodzi o Linkin Park, o muzykę. Teraz ważne jest wszystko, co mnie kształtuje. Kiedy buduję coś na nowo – zaraz zostaje to niszczone. Jak w „Czasie Apokalipsy” Coppoli. Budowali most tylko po to, by go potem zburzyć. Surrealistyczne obrazy.

Nie umiem żyć bez samozniszczenia, bo to jest we mnie wbudowane. Nie umiem żyć z muzyką i bez muzyki. Nie umiem słuchać piosenek, które wprowadzają mnie w taki stan i uważam, że nikt nie powinien odkrywać moich ran, które nadal nie zarosły i się nie zabliźniły. Uważam,że nic nie powinnam uważać.

Nie umiem nic zmienić. Ile razy można próbować? Niby nie ma limitów w próbach życia, ale ja czuję, że istnieją. Kończy się to wtedy, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że jeśli po tylu próbach życia nadal nic nie można zrobić, jak bardzo by się chciało, jak bardzo by się pragnęło, jak bardzo by się nad tym płakało, jak bardzo by się wołało, wstawało i upadało i wstawało i upadało – to może tak ma po prostu być.

Śmiać mi się chce z samej siebie. Tyle razy próbowałam, a ten cholerny Bóg i tak chce mnie zabić.

Moment

Przejrzyste jak woda w oceanie moich płynów z oka

Zakryte jak mgła, gdy idę rano przez skrzyżowanie

Rozdarte jak sosna w sercu Judyma.

Przechadza się, ginie w czeluściach oczodołów

Przenika do jądra operacji, działania

Moc zniszczenia.

Miga jak kolejna minuta na elektrycznym zegarze

Znika jak kolejna kropla deszczu

Wsiąka w ceramikę ziemi, porcelanę życia.

Jest momentem, blaskiem, iskrą

Kolejnym powodem

Zaciska niewidzialne wargi,

Umiera.

Chwilowe jak chwila

Puste jak w pół pełna szklanka

W pół pusta szklanka.

Nic

Próżnia

Imaginacja

Ludzie lubią widzieć i rozumieć to, co chcą. Lubią proste schematy, które kierują ich życiem, proste rozwiązania, łatwe problemy. Lubią, kiedy wszystko układa im się po ich myśli, kiedy mają to, co inni, co uważają, że powinni mieć. Cieszą się, że są „normalni”, że są zaliczani do tej grupy ludzi. Że są tacy jak inni. Cieszą się, że nie mają czegoś, co odróżnia ich od innych, przez co mogliby być wystawieni na pośmiewisko, ciągłą walkę lub cierpienie. Cieszą się, że są bezproblemowi i bezkonfliktowi.

A przynajmniej tak im się wydaje.

Ludziom „nienormalnym” wydaje się, że są całkiem inną odmianą istoty żyjącej na Ziemi, że może nawet nie są ludźmi. Czują się przytłoczeni swoimi myślami, ciągłymi pytaniami, na które nie ma odpowiedzi, czują się wybrani i wyjątkowi, bo myślą, że tylko niektórzy potrafią się czuć tak, jak oni. Ludzie „normalni” nie pojmują kwestii istnienia, nie zastanawiają się dłużej nad swoim życiem, nad samym życiem, jego przyczyny. Po prostu działają i skupiają się na tym, by przeżyć je jak najlepiej w tym samym czasie, gdy ludzie „nienormalni” tracą czas na siedzeniu w swojej obezwładniającej ciemności, która spycha ich w otchłań zamiast popychać ku przygodzie, ku życiu. Cierpią, zamiast się cieszyć, krzyczą zamiast być cicho, umierają zamiast żyć.

A przynajmniej tak im się wydaje.

Każdy z nich, każdy z tych grup, podgrup i jeszcze mniejszych jednostek wie, że każdy tak naprawdę jest taki sam. Nikt nie jest wyjątkowy. Jesteśmy po prostu ludźmi, jedni inteligentniejszymi od innych, ale wszyscy jesteśmy tacy sami. O tym wszystkim jedynie decyduje los, dla jednych łaskawszy, dla drugich mniej. Ale też zależy to od nas. Ale czy można wyleczyć się, pozbyć się, zniszczyć coś, co nas przytłacza? Nie da się całkiem tego zrobić, to jest po prostu niewykonalne. Nie ważne jak bardzo inni ludzie nas przekonają, jak bardzo nam wpoją dobre myślenie, jak bardzo nauczą nas emocji i uczuć, jak bardzo pokażą nam jaki świat jest piękny. To zło i ta ciemność, to jądro ciemności, kryje się w człowieku głęboko, wygląda jak korzenie, których nie można wyrwać, a jedynie przystrzyc roślinkę, która ma te korzenie. Ale roślinka rośnie dalej i nie da się tego zatrzymać. Jedynie śmierć jest jej lekiem. Po co ta roślinka ma się męczyć swoimi chorymi i sczerniałymi już korzeniami, kiedy na innym świecie może żyć lepiej albo nic nie czuć? Wolałaby to drugie i ta myśl wydaje jej się rozkoszna. Zero zmartwień, cierpienia, zła, ciemności, płaczu i rozpaczy. Zero rozdzierania i pełzania, chorych myśli, wykorzystywania, podbierania tożsamości i świadomości. Zero wszystkiego.

Ludzie lubią być ślepi na takie rzeczy. Lubią nic nie widzieć po fakcie dokonanym.

Nic

Jaki ma sens ciągłe powtarzanie tego samego? – powiedziało Lustro.

Nie umiem inaczej wyrazić bólu swoich zniekształceń. Nie wiem, co jest prawdziwe, a co nie. – odparło Odbicie.

Jesteś jedynie odbiciem tej osoby, która przed Tobą stoi. Ty nie istniejesz. – powiedziało Lustro i rozbiło się na milion kawałków.

O Niczym